Górale powiadają, że jak halny zawieje, to pani depresja przychodzi i rozsiada się w głowie człowieka. Trudno mi to ocenić, ponieważ sama mam skłonność do niej, niezależnie od tego, w jakim humorze jest właśnie bogini pogoda. Personalnie lubię, kiedy pojawia się halny. Zadziwia mnie swym rozmachem, siłą i pięknem widowiska. Daje odczuć, kto tu rządzi - przyroda, a nie mały człowieczek, uzurpujący sobie prawo do wszystkiego. Sprawia, że dziękować się chce za możliwość obserwacji spektaklu i za możliwość odczucia go na swoim ciele. Może to dziwne, ale gdy raz zdarzyło mi się biegać, a wiał ów słynny halny, czerpałam z tego podwójną radość. Podobało mi się, gdy biegnąc pod górkę musiałam się z nim mierzyć, a zbiegając siłą podmuchu pomagał mi w szybszym powrocie. Podobało mi się, że świat wokół mnie nie był statyczny, ale wyjątkowo wzburzony i pełen dynamicznej, zarażającej swą mocą, energii. Dla mnie halny to piękna manifestacja przyrody, a nie powód do narzekania.
środa, 25 stycznia 2012
środa, 9 listopada 2011
Dolina Staroleśna, Tatry, Słowacja, listopad 2011
![]() |
| Ostry Szczyt |
![]() |
| Mały Lodowy Szczyt |
Powyżej wybór przejrzystych momentów dnia zwieńczonego wejściem na Jaworowy. Przez większość dnia towarzyszyła nam mgła, niewielka mżawka i wiatr powalający na kolana. Zdarzały się momenty zwątpienia...czy damy radę, mimo pogarszającej się widoczności i wyjątkowo silnych podmuchów wiatru. Jak się później okazało walczyliśmy z osławionym halnym, który, śmiejąc się wniebogłosy, targał naszymi ciałami, dając do zrozumienia, że jesteśmy tylko wątłymi istotami ludzkimi. Mimo, że na samym szczycie widoki były mhm...praktycznie nie było widoków...i tak byliśmy szczęśliwi. Przy schodzeniu, drwiąc z nas bądź litując się nad nami krajobraz zaczął się odsłaniać, pozwalając rzucić okiem na dolinę, w której pierwszy raz postała nasza stopa, ale....nie ostatni.
Żabia Dolina Mięguszowiecka, Tatry, Słowacja, listopad 2011
W drodze na Wysoką świat pod nami zniknął, a my staliśmy się "panami przestworzy". Może za dużo powiedziane, ale takie widoki nie zdarzają się często, zamiast tlenem zaczyna się oddychać poczuciem wyjątkowości chwili, która przedłuża się wprawiając w euforię. Człowiekowi wydaje się, że przekraczając pewną granicę n.p.m. przenosi się nagle do innego wymiaru świata, do świata opowieści o nieistniejących bogach. Takie widoki towarzyszyły mi i mojemu chłopakowi przez większość dnia, odwdzięczając się za niezdobyty szczyt, do którego zabrakło jedynie kilku metrów. Te parę metrów zostanie jednak pokonane....w swoim czasie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






