poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Giewont


 

 




"Dla niej wstaje w gęstej mgły zasłonie,
Którą z wolna zrzuca z ramion we dnie,
Dla niej w wieczór cały ogniem płonie
I szarzeje, mroczy się i blednie,
Zawieszając księżyc w swojej szczerbie,
Jakby srebrną Leliwę miał w herbie."

Nic dodać, nic ująć. Słowa Adama Asnyka oddają, to co można zaobserwować w ciągu jednego dnia, niemalże z każdego punktu Zakopanego. Dokładnie, tak jak pisał inny "wielki", Walery Eljasz-Radzikowski - "Z każdej prawie chaty Giewonta widać", dlatego ponoć "toteż słusznie mu się należy tytuł króla zakopiańskiego". I w tym chyba należy szukać wyjaśnienia fenomenu popularności "Śpiącego Rycerza". Rzuca się w oczy, przyciąga, gromadzi wokół siebie wiele legend i podań, które dodatkowo podgrzewają atmosferę. Żaden turysta nie śmie wyjechać bez wejścia na niego, bądź rzucenia mu wyzwania, chociażby słownego. Szczytów w całych Tatrach dużo, niejeden ładniejszy, ale akurat ten zawładnął sercami i umysłami tłumów, dla których stał się symbolem narodowym. A we mnie, owszem, Giewont wzbudza sympatię. Lubię obserwować, jak zmienia się jego oblicze, w zależności od kaprysów pogody, jak niknie, jak z powrotem wyłania się z zasłony mgielnej, jak przybiera różne barwy w zależności od światła. A najlepsze jest to, że właśnie dane jest mi to czynić z własnego domowego zacisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz